poniedziałek, 21 lipca 2014

Co rok prorok i znaki



Przełom czerwca i lipca, jak co roku, nas nie zawiódł. Jeden z dotychczasowych pozorantów mógł nawet potraktować te nawalne deszcze jako widoczne znaki na niebie ziemi towarzyszące narodzinom Syna Jego Jedynego (SJJ). 

 

Kilka mocno porannych akcji odbywało się w większości na Banditce.  Jedna trafiona idealnie w  szczyt pegla na poziomie 44 cms w Łysej Polanie. Dół Białki przy wodzie ciut poniżej 150 cms w Trybszu to super zabawa w dość dużych odwojach, z których jak się okazuje , choć łatwo wejść, czasem trudno wyjść w kajaku. Pływaka puszczają bez problemu, o czym przekonał sie po długiej walce świeżo upieczony Tatulek (OJ) .  Ojciec szczęśliwie wyłowił się po kilkuset metrach , zbieranie kompletu sprzętu trwa do dziś.






Znalazca czarnego Wernera może oczekiwać nagrody.




FatH !

środa, 25 czerwca 2014

Drugi Sobór Trydencki

fathfoto

Do niedawna wydawało sie, że w Południowym Tyrolu czy Górnej Adydze wydarzyło się tylko kilka istotnych dla nas wydarzeń. Pierwsze to Sobór Trydencki zakładający wytępienie herezji , odnowienie dyscypliny, poprawę obyczajów i zapewnienie pokoju w kościele . Kolejne to triumfy Pani Justyny w Toblach czyli Dobbiaco.  Te same cele przyświecały nam w drodze na sobór:  Wytępić herezję, poprawić obyczaje, zapewnić wewnętrzny spokój i odnotować w kajecie kolejne sportowe sukcesy, oczywiście nie na miarę Pani Justyny.

fathfoto

fathfoto


Rolę papieskiej bulli „Raduj sie Jerozolimo”zapowiadającej sobór  spełnił email od organizatora dziesiątych, jubileuszowych VerfechterTage.  Jak co roku , nie mogło  nas tam zabraknąć.  Dogodny termin Bożego Ciała sprawił, że kemping zaludnił się szybko, a drugim obowiązującym językim stał sie polski. Oprócz FatH, na miejscu,pojawiła się mocna reprezentacja WildSnake J , Habazi i Bystrza.

fathfoto 
fathfoto 


Traktowany   po macoszemu, niedoceniany i omijany z niewiadomych względów region udowodnił swoją wartość i zadał kłam nieuprawnionej krytyce wiarołomców.. Historycznej pikanterii dodaje fakt, że jeszcze 100 lat temu część z nas żyła wraz z miejscowymi Ladyńczykami pod wspólnym panowaniem  i pewnie Cesarsko – Królewską  Koleją dało się tam dojechać szybciej niż dziś z Krakowa do Szczecina.

Wyjątkowo sobór stał się rodzinnym sabatem. Pojawiły sie rzadko widziane na kajakowych wycieczkach MatH-ki i dzieci w liczbie sześciorga polskojęzycznych i kilku mówiących (o zgrozo) w języku Goethe’go. Większość z maluchów spędziła wcześniej kilka dni na plażach Adriatyku i Ligurii.



Tasujące się siły wszystkich wymienionych parafii tępiły herezję o odchylaniu się do tyłu przy bufach, poprawiały obyczaje w dynamicznym prowadzeniu na wodzie, zapewniały wewnętrzny spokój w odwojach i odhaczały „ptaszki” na wodach rzek: Rienza, Boite, Ahrn, Reinbach, Gaderbach i Travignolo.  Z pewnościa, ta ostatnia była clou programu. Nie tylko ze względu na trudność kluczowego miejsca, ale też dlatego, że jest kolejnym odhaczonym „bandit runem”.

fathfoto 

fathfoto 

fathfoto 


fathfoto 

DANKE SCHEUER !!!!

FatH !!!


czwartek, 29 maja 2014

GDYBYM...



"Gdybym, to nie jest spójnik wprowadzający okres warunkowy. Gdybym jest rzeczownikiem, jest miejscem i czasem, w którym nigdy nie będę, ale który dobrze znam.” [Ignacy Karpowicz „Gesty”]
fathfoto



Mamy takich „Gdybym - miejsc” niezliczone ilości. Większość daleko i znamy je tylko z kajakowych pornosów, kręconych przez światowych matadorów. Są też „Gdybymy” bliższe, na których: „nigdy nie ma wody” , „była niedziela, a to przecież park narodowy”, „we dwóch, to za mało”...

fathfoto
W ostatni weekend jednak „Gdybym” okazało sie miejscem najzupełniej realnym. Osiągalnym samochodem i z idealną wodą, pomimo, że normalnie, kradnie z niego wodę najwyższa austriacka zapora Kölnbrein. 

fathfoto

To „Gdybym”, w zasadzie, nie było w planie naszej wycieczki, jednak wysokie stany wody w Styrii, zmusiły nas do ruszenia głową i sprawdzenia właśnie karynckiej Malty. „Gdybym” tak nierealnego, że nikt z nas, nigdy, nie wybrał się tam wcześniej.

fathfoto

fot. Tata
Pan Kornel leci "dropa"
Kilka innych odcinków, które popływaliśmy, pozostały w jej cieniu i tylko dla porządku w archiwum, należałoby dodać nazwy kilku klasyków, Sölku, Donnersbachu i Gullingu.





FatH! 

poniedziałek, 19 maja 2014

Równy / Wyższy / Najwyższy ?


Ostatnie dni daly nam mozliwości badania stopniowania przymiotnika duży w związku wyrazowym z rzeczownikiem woda (zachodzi tu chyba związek zgody).   Badania trwały od czwartkowego poranka. 

fot. fathfoto
    
Rozpoczęły sie na Kamienicy tuż po piątej rano i trwały do wieczora z przerwą na wyjście do zakładów pracy.  „Alert stage” = duża woda  oznacza pływanie Kamienicą z całym tartakiem. Pysznie.

Następny dzień „flood stage”:  do tartaku dołączaja kawałki mostów na Kamienicy i Koninie, o czym potem poinformowwały nas tytułowe strony gazet na stacji benzynowej. „Bardzo duża woda” .  W większości nie odpowiada nam to towarzystwo.  Zbyt nachalne.



W sobotę kluczowy dzień konferencji  poświęcony  „FatH Stage”. Prelegenci  lokalni oraz zaproszeni goście  sprawdzają empircznie stopniowanie kolejno na Koninie, Konince, Banditce i Kacwinie. Wagi konferencji dodaje  determinacja członków FatH Warszawa, którzy tego dnia wyjechali ze Stolicy o północy żeby stawić sie na zbiórkę o 4 rano, a skończyc pływanie koło 20. Po to, żeby wracać do Stolca jeszcze tego samego wieczoru. 

  fot. fathfoto
                                                                         
 fot. fathfoto
fot. fathfoto

Konferencje zaszczyciło swoim udziałem kilkunastu Ojców Wszelakich, wielokrotni , jednokrotni , kandydaci , stażyści i pozoranci z Tarnowa, N. Sącza,  Stolycy oraz matecznika FatH. Takich tłumów chyba jeszcze nigdy nie było. Chyba zaczniemy sprzedawać bilety.

Wnioski z konferencji

1. Udało się przdłużyć odcinek pływania Kacwina o górny Kacwin , powyżej dotychczasowego startu ( z pewnością  pierwsze spłynięcie) .  Parę słow o tym niebawem na BystrzeWiki

2. Nie zawsze Flood Stage = FatH Stage.  


FatH!

Więcej zdjęć na www.fathportfolio.blogspot.com

poniedziałek, 5 maja 2014

Chirurdzy pegla, vol. 3

W długich bólach rodzi się tegoroczny sezon naszego serialu. Nie pomagają mu sucha jesień, bezśnieżna zima, wreszcie wiosna, w zasadzie bez deszczu. W Karkonoszach, Tatrach, Gorcach, pomimo cięgłego monitoringu wykresów KTG nic się nie rodziło przez długi czas. W ostani weekend kwietnia na sygnał "Tato pada deszcz" doktorzy różnych specjalności dokonali precyzyjnego cięcia. 
Znów na Podhalu.


Banditka po przeskalowaniu pegla wymaga pewnie 204/205 cm czyli gdzieś między 8 a 9 kubików. My mielismy ciut więcej (206 cm / 9 cms +). Pięknie jak zawsze, dość dużo drzew, wszystkie pływalne przy tym poziomie wody.



Siostro Skalpel !

FatH!










środa, 16 kwietnia 2014

Wojna, Bieda, Partyzanci...

Wojna o resztki śniegu i bieda z wodą spowodowały wyjście z ukrycia wielu naszych bojówek, trzymających się do niedawna z dala od ludzkich siedzib i czekających na dogodny moment do uderzenia. Partyzanci Pionu FatH mający w składzie m.in jednego OJ i Stryja Podwójnego wyruszyli narciarskim oddziałem na podbój grupy Ortlera, a chwilę później rozprawili się bezlitośnie z Hińczową Wprost.

Jakie czasy taka husaria



Bojówka odgraża się, że w Ortler jeszcze wróci, ale mówi to o każdym paśmie górskim, z którego wraca, a gdzie warunki pozwalały rozwinąć skrzydła. Są partyzanci którzy planują sobie nawet wytatuować na klatach sylwetkę Gran Zebru jak tylko te osiągną stan 7 na 10 w skali MSPwK (Można_Się_Pokazać_w_Kryspinowie).

Należy dodać że ww. Stryj Podwójny, pod którego dowództwem działa oddział, zdobywał też szlify oficerskie na kursie Instruktorów Narciarstwa Wysokogórskiego PZA.

W tym samym czasie powstańcy FatH Running Guerilla nękali wroga od Dębna, przez Kraków, aż po Ojcowski Park Narodowy, kąsając najgorszego wroga - czas - po kostkach w maratonach i ich połówkach. W Dębnie zakończyło się to zwycięstwem. Niestety tylko nad własnymi słabościami czyli zerwanym mięśniem brzuchatym łydki.


W Ojcowskim Parku Narodowym Guerilla zaatakowała w sposób, którego z pewnością nie spodziewali się organizatorzy Pereł Małopolski, którzy części z nas nie zarejestrowali ze względu na limit uczestników. Legalni uczestnicy skupili na sobie ogień wroga, a fałszywe numery startowe z logo FatH pozostały niezauważone przez siły wroga aż do linii mety. Przy wodopojach więc spełniły swoją rolę... Politolodzy twierdzą iż biegowa guerilla będzie się radykalizować ze względu na wzmożona rekrutację wśród nieletnich, co dokumentują zdjęcia pozyskane metodami operacyjnymi.


Rekrutacja

OP (fot. organizatorzy)
MP w kamuflażu (fot. organizatorzy)

czwartek, 20 lutego 2014

Frozen Water Lovers Guerilla No-season Report





Z braku laku, zacznijmy od wspomnień. Ostatkiem sił, jakie nie zostały zagospodarowane, na zrastanie się połamanych kości, udało się narciarskiej bojówce odbyć kilka cudownych narciarskich tur. Z miejsc mniej popularnych odwiedziliśmy m.in masyw Lodowego. Niestety, nastraszeni telefoniczne przez jednego ze znanych instruktorów taternictwa, ze "jak tam przyświeci, to jest pułapka bez wyjścia" zakończyliśmy zjazdem tylko z najwyższej przełączki w Sobkowej Grani. Daleko do piku nie było, ale kto by chciał się znaleźć w pułapce. I to do tego bez wyjścia. Tym sposobem, z narciarskiego wyzerowania masywu od tej strony, wyszły nam kolejne porachunki. Każda porażka to jednak, jak mawia jeden, nieznany nam osobiście, ale głośny na świecie alpinista to tylko odłożony na później sukces. I tego będziemy sie trzymać.  Udało się za to wyrównać inne zaległości. Pośrednia Przełęcz tym razem nie straszyła alpejskim bombardowaniem kamieniami,a tura połączona z powrotem przez Rówienki na drugą stronę Tatr okazała się być całkiem wytężająca przynajmniej dla niektórych uczestników. Były też spektakularne wycofy, niebywałe zaspania, włóczenie się na azymut po górnych piętrach dolin, ale o tym opowiemy. Wycofy zamienią się w sukcesy, azymuty nagięte czasem doprowadzą nas na przełęcze w które miały celować i tylko niezmiennie Tatry wciaż będą najpiękniejszymi górami świata...







Bieżący sezon, oględnie mówiąc nie rozpieszcza. Szczególnie w naszych, polskich górach. Czołowa z nich (pod tymczasową administracją słowacką) Chopok jest górą lodu, druga w kolejności, Kaspro też nie daje wielkiego pola do popisu, a jak już się robi do jazdy, to ręka na klamce, a dusza na ramieniu.  Pięknie ugościły nas za to, mimo wstępnego sceptycyzmu, francuskie Valmeinier oraz Dolomity. Te drugie stanowczo zaprzeczyły tezie lansowanej przez niektórych ze "znających się" Warszawiaków, że w Dolomitach nie ma freerajdu. Jest. Od cudownych łagodnych północnych zboczy Marmolady, przez całkiem uczciwe klasyczne żleby, po naprawdę trudne rzeczy. Co ciekawe lokalsi zdają się kpić z naszego postrzegania zagrożenia lawinowego i idą wszędzie w każdy warun, może nie umieją cvzytać w języku Muntera, a na włoski jeszcze go nie przetłumaczyli. Austriackie Heiligenblut ugościło nas krótko, ale po królewsku. Trzy dychy puchu na dzień dobry (Guten Morgen) , i troszke więcej kolejnej nocy pozwoliło rozwinąć skrzydła tam gdzie rozsądek i odwaga pozwalała. Miejsce czarowne, towarzystwo zacne, a lokalne wino zamknęło wycieczkę epicką klamrą. Szkoda tylko, ze weekend w Austrii kosztuje zawsze 4,50 PLN extra, na superglue do podklejenia powiek w poniedziałek.